Ta strona wykorzystuje pliki cookie. Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „Zamknij” na dole tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.

Zamknij

          Dzisiaj jest 12.12.2017
Strona głównaRekrutacjaKontaktLinkiBiuletyn Informacji Publicznej


Program "Uczenie się przez całe życie" Leonardo da Vinci


Projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej w ramach programu „Uczenie się przez całe życie”

Publikacja odzwierciedla jedynie stanowisko autora i Komisja Europejska ani Narodowa Agencja nie ponoszą odpowiedzialności za umieszczoną w niej zawartość merytoryczną oraz za sposób wykorzystania zawartych w niej informacji.


    Staż w Plymouth – tydzień drugi.

    Po powrocie z Londynu – godzina druga w nocy - bardzo trudno było nam w poniedziałek zerwać się o świcie z łóżek. Na całe szczęście niektórzy pracodawcy stanęli na wysokości zadania i pozwolili nam pospać nieco dłużej zezwalając na późniejsze niż zwykle rozpoczęcie pracy.
    W tym tygodniu nasza praktyka nabrała rozmachu. Znamy już dobrze wymagania szefów i panujące tu zasady, jest nam zatem znacznie łatwiej. Dotyczy to także „host-rodzin”, u których zamieszkujemy.
    Postaramy się w tym tygodniu przybliżyć nieco nasze miejsca stażu. Pracujemy aż w 9 różnych firmach, tak więc jesteśmy bardzo rozproszeni. W danej firmie praktykę odbywa od jednej do pięciu osób. „Single” mają utrudnione zadanie, ale jednocześnie mogą najlepiej nauczyć się języka. Nie wiadomo zatem, czy ich żałować, czy im zazdrościć.
Pracujemy przede wszystkim w ciastkarniach, gdzie produkuje się ciastka w oczywiście wersji angielskiej. Do najpopularniejszych należą muffinki, babeczki i pączki. W Anglii w większym stopniu niż w Polsce wykorzystuje się do ich wytwarzania gotowe półprodukty – głównie kremy i elementy dekoracyjne. Pozwala to na poprawę bezpieczeństwa zdrowotnego produkowanych wyrobów, gdyż kremy są częstą przyczyną zatruć pokarmowych. Zakłady są także bardziej zmechanizowane, pomimo że wielkość ich produkcji jest porównywalna do tych, w których mieliśmy praktykę w Polsce.
    Piekarnie, w których odbywamy staż, są zawsze połączone z produkcją ciastkarską. Pieczywo angielskie jest wyłącznie pszenne, stąd technologia jego wytwarzania jest stosunkowo prosta.
    W kilku firmach produkuje się szeroką gamę typowo angielskiego specyfiku: pasztecików tzw. „pie”, z rozlicznymi rodzajami nadzień: mięsnymi, podrobowymi, warzywnymi, serowymi, mieszanymi, grzybowymi i w wersji słodkiej. „Pie” jada się w Anglii najczęściej na gorąco – po odpieczeniu w pierniku lub mikrofalówce.
    Większość zakładów ww. branż oprócz własnej sprzedaży zaopatruje także markety, mniejsze sklepy, kawiarnie i restauracje.
    Kolejnym typem firm, w których odbywamy staże są specjalistyczne sklepy mięsne. Naszym zadaniem jest przygotowanie mięsa do sprzedaży tj. obróbka elementów na mięso kulinarne, mielenie mięsa, porcjowanie i konfekcjonowanie. Zaplecza tych sklepów posiadają stosowne urządzenia i wyposażenie umożliwiające mechanizację ww. procesów. W Polsce procesy te odbywają się na ogół w zakładach przetwórstwa mięsa, a sklepy dostają tylko gotowe produkty.
    Jedna z dziewcząt odbywa staż w specjalistycznym zakładzie przetwórstwa mleka połączonym z farmą hodowlaną. Jest to z kilku względów szczególnie interesujący zakład. Po pierwsze przerabiane mleko pochodziło z własnej hodowli (ok. 200 krów), stąd bardzo krótka droga mleka od udoju do przerobu. Po drugie posiada certyfikaty żywności ekologicznej (stąd bardzo wysoka cena wyrobów). Po trzecie produkuje m.in. żywność koszerną pod stałym nadzorem rabina. W firmie wytwarza się szeroką gamę lodów, serków i jogurtów.
    W czasie stażu poznajemy asortyment i przebieg produkcji, zasady zaopatrzenia i zbytu, magazynowanie surowców i wyrobów gotowych oraz kontrolę jakości, a także systemy zapewnienia jakości, w tym przede wszystkim systemy zapewniające bezpieczeństwo zdrowotne produkowanych wyrobów, głównie GHP.
    Ponieważ w Polsce mieliśmy praktykę już ponad rok, stąd bardzo szybko mogliśmy „wyłapać” podobieństwa i różnice pomiędzy polskimi i angielskimi firmami produkującymi żywność.
    W drugim tygodniu poznaliśmy już dość dobrze nasze zakłady, zintegrowaliśmy się z pracownikami i powierzano nam bardziej odpowiedzialne zadania.
    W czwartek odbyło się kolejne spotkanie podsumowujące całej grupy, które tym razem miało znacznie mniej burzliwy przebieg niż w pierwszym tygodniu. Robimy się znawcami Anglii i zaczynamy tu zapuszczać korzenie!
    Za to nasza opiekunka merytoryczna p. M. Plesińska miała pełne ręce roboty z kontrolą i korektą naszych dzienniczków praktyk. Często trudno było przelać na papier naszą bądź co bądź rozległą wiedzę!
    W sobotę zwiedzaliśmy wytwórnię słynnego ginu Plymouth, jednego z najbardziej znanych nie tylko w Anglii, ale także w innych krajach. Jest to wytwórnia bardzo stara, produkująca gin już od XVIII wieku. Swój niezrównany podobno (nie degustowaliśmy) smak i aromat zawdzięcza stosowanym dodatkom m.in. kardamonowi, skórce pomarańczowej i cytrynowej, angelice, jałowcowi, irysowi, W destylarni (taka jest oficjalna nazwa wytwórni) zachowały się jeszcze stare urządzenia, a sam wystrój wnętrz także jest utrzymany w stylu sprzed wieków.
    Pogoda popsuła nam szyki w dalszym atrakcyjnym spędzeniu tego dnia. Zaplanowany był bowiem rejs statkiem po zatoce, co umożliwiłoby nam obserwację Plymouth z zupełnie nowej perspektywy. Niestety, lało i wiało (raczej nic nowego), dlatego statki w tym dniu nie pływały. Na pocieszenie poszliśmy na wieeelkie zapiekane kanapki, co trochę poprawiło nam humor.
    Niedziela była wyjątkowo zimna, ale to oczywiście nie powstrzymało naszych zapędów do zwiedzania. Udaliśmy się zatem do Torquay, miasta- kurortu na „Angielskiej Riwierze”. Oprócz samego miasta, położonego jeszcze bardziej stromo niż nasze Plymouth (różnice wysokości naprawdę imponujące!) zwiedzaliśmy także przepiękną jaskinię znajdującą się w pobliżu. Jaskinia zapierała dech swoją kolorystyką: skały zabarwione są rozlicznymi odcieniami czerwieni i zieleni pochodzącymi od soli żelaza i miedzi; bogactwem form: oprócz klasycznych stalaktytów i stalagmitów występują tu także różne inne rzeźby skalne m.in. nie forma podobna do groźnej głowy ludzkiej. W jaskini odtworzono, w postaci figur woskowych naturalnej wielkości, poszukiwaczy jaskiń i skamieniałości, a także ludzi pierwotnych, którzy zamieszkiwali jaskinię w zamierzchłej przeszłości. Jednym z efektów specjalnych zastosowanych przez przewodnika było wygaszenie światła, w jaskini zapada wówczas absolutna, całkowita ciemność, z jaką większość z nas, dzieci cywilizacji, spotkała się po raz pierwszy.
    Samo Torquay rzeczywiście przypomina nieco Riwierę – rosną tu palmy, (w dniu naszego zwiedzania było zimno, zatem niezbyt pasowały do scenerii), a domy mają kolor biały. Jedynie błękit morza był dość problematyczny.
    Ważne! Doskonalimy nasze umiejętności językowe: dość dobrze zrozumieliśmy zarówno przewodnika po destylarni ginu jak i przewodnika po jaskini, mimo, że obaj mówili naprawdę szybko! Nasze rodziny i współpracowników rozumiemy już całkiem dobrze.
    Niestety, został nam już tylko tydzień pobytu. Większość z nas (poza tęskniącymi) zaczyna się tym trochę martwić




Strona główna    Góra strony


Copyright © 2005-2016 RaV&sandrac